Nie Ty pierwsza i nie ostatnia...

Witajcie kochani,

Zdanie z tytułu posta słyszałam nie raz. Tuż po porodzie.. kiedy wspominałam, że mój syn będzie jedynakiem. Ale zacznę od samego początku. I pragnę poinformować, ŻE KAŻDY PORÓD NIE JEST TAKI SAM, ORAZ KAŻDA KOBIETA W CIĄŻY CZYTAJĄC TEN POST ROBI TO NA WŁASNĄ ODPOWIEDZIALNOŚĆ.

O samym przebiegu  ciąży opowiem w innym poście, ale dziś skupię się na moim porodzie. 
Miałam dwa terminy porodu:  16.07 i 29.07. Mój ginekolog powiedziała, że trzymamy się pierwszego. Gdybym do 18.07 czyli dwa dni po planowanym terminie nie dostała bóli mam się znaleźć w szpitalu i położyć się na oddział. Miałam co do tego bardzo mieszane uczucia, no ale przecież lekarz jest mądrzejszy niż ja. No to co w dniu planowanego porodu wybawiłam się na imprezie rodzinnej, tam było dużo emocji: nerwy, smutek, radość i ekscytacja. Tak tyle emocji w jeden dzień ale nic nie ruszyło. 18.07 czyli we wtorek pojechałam do szpitala z moim Małżonem. Tam mnie przyjęli, dali łóżko, po czym przysłali praktykantki, które miały zrobić KTG. Wiecznie było coś źle z tym KTG i wiecznie mi się obrywało, że to moja wina. Pomijam.. No i zrobiono mi badanie ginekologiczne i diagnoza padła, że nie mam rozwarcia. Proszę chodzić po schodach usłyszałam... Wspomniałam o tym, że mam również drugi termin z badań prenatalnych, a moja Pani Doktor powiedziała, że go nie bierzemy pod uwagę. Na drugi dzień na obchodzie również pani położna miała problem z tym, że KTG źle się zapisywało. No już tutaj nie wytrzymałam i skomentowałam, że to nie jest raczej moja wina, tylko jednak ich sprzętu. Na obchodzie był Pan Ordynator, któremu znów wspomniałam o tym, że mam dwa terminy porodu. On powiedział, że zajmie się moją sprawą po porodach... Przyjechał mój Małżon, i znów cisza, bo nie mogliśmy znaleźć Pana Ordynatora.... Na szczęście w czwartek 20.07. na obchodzie usłyszałam zbawienne zdanie, że mam przyjść do pokoju badań i tam mi zrobią badanie i mam zabrać ze sobą wyniki badań prenatalnych. Kamień z serca... poszłam i usłyszałam, że no nie potrzebnie leżałam i łóżko zajmowałam... Oczywiście z racji tego, że ciąża nauczyła mi mówić co myślę tak więc, powiedziałam, że było to zgłaszane ale zostało to po prostu olane. Zaproszono mnie w dniu drugiego terminu po 12, czyli 29.07 (chyba że działoby się coś wcześniej). Dlaczego tak bardzo mi było źle w tym szpitalu??  No to nie jest najbardziej komfortowe miejsce na Świecie i w przypadku kiedy nie musiałam tam leżeć to było to dla mnie ciężkie. Wkurzało mnie również to, że wiecznie miał ktoś problem, a to KTG źle, a to brak rozwarcia, a na sam koniec i tak nic nie wiedziałam. Wiem, że gdyby moja ciąża była zagrożona to bym tam leżała i nie śmiała nawet zamarudzić w myślach, ale miałam prawidłowo przebiegającą ciążę i pobyt tam był zbyteczny. Przyszedł dzień 29.07. sobota. Małżon znów zawiózł mnie do tego samego szpitala, znów zostałam przyjęta na oddział. I cóż kazano czekać. Badanie zostało zrobione, ale również nie miałam rozwarcia. No to nic siedziałam sobie, czytałam książkę, chodziłam po schodach. Nie kazano mi również jeść bo nie wiadomo co będzie się działo. Czyli mogli mieć w głowie, że będzie cesarskie cięcie. O godzinie 20 dnia 29.07 dostałam zbawienne bóle. Pomyślałam no nareszcie się coś dzieje i teraz to już będzie z górki. Pomimo tego, że wiedziałam, że ból będzie okropny cieszyłam się, że nadeszło. Bóle łapały mnie coraz częściej. Spytałam się o godzinie 23 Pani Pielęgniarki czy to tak mają wyglądać te bóle czy dzieje się coś niepokojącego z maleństwem. Ona mi odp. że mam iść spać bo to jeszcze daleka droga. Pomyślałam sama sobie idź spać jak to tak boli. Ale udałam się do łóżka i skręcałam się z bólu. Rano 30.07 ok. godz 7 zostałam podłączona do KTG i jakie było moje wielkie zdziwienie kiedy na obchodzie usłyszałam, że przede mną daleka droga... A miało być z górki. :( no ale dobra. Przyjechał Małżon. Miałam co chwile skurcze, straszne skurcze. Poszłam do pokoju badań usłyszałam, że mam rozwarcie na dwa palce. Wspaniale coś się ruszyło... Małżona odesłałam do domu aby troszkę pospał bo nie wiadomo jak to będzie wyglądać w nocy. Lecz o godzinie 15.30 już wrócił do mnie bo ja już ze łzami w oczach błagałam o pomoc. Znów ten okropny pokój badań tam usłyszałam że mam rozwarcie na 5 palców oraz, że przenosimy się na salę przedporodową.  O matko jaka ja szłam szczęśliwa :) Zebraliśmy wszystko i poszliśmy dumnie na salę. Tam się rozłożyłam jak ta lala i podłączono mnie do KTG. Kuba miał mnie głaskać po buzi, bo nigdzie indziej się nie dałam głaskać, aby było rozwarcie. Położna sprawdza i mówi: "troszkę Cię oszukałam z tym rozwarciem masz dopiero ledwo na 4 palce, ale chciałam Cię podbudować". Taaa... podbudować...skurcze pojawiały się co chwile. Na KTG 100% słyszę, a rozwarcie stoi w miejscu. Położna mówi, że mam sobie gaz rozweselający powdychać będzie mi lepiej. Mówię dobra jak ma to w czymś pomóc spoko- powdycham. I co?? Wdycham wdycham i nagle zrobiło mi się nie dobrze. Mdłości dostałam niesamowitych. Tu bóle nie do zniesienia tu mdłości pełen pakiet. Przychodzi inna położna i się na mnie wydziera, dlaczego nie wdycham.. Dostaję czopki, dużo czopków. rozwarcia nie ma. Masaż szyjki macicy nie pomaga. Nagle zostajemy sami na sali przedporodowej ponieważ, położna musi iść na blok operacyjny. I Małżon ma krzyczeć jakby coś się działo... No to leżę i zwijam się dalej. Ukochany przypomina mi o oddechu, bo już nawet tego nie kontroluje. Nagle wszystko ucichło na chwilkę, a po chwili słyszę Misiek Misiek.. ocknij się. Tak pierwszy raz straciłam przytomność. Dostaję nową kroplówkę i jakiś zastrzyk domięśniowy. Na tym etapie było mi już wszystko jedno co mi wstrzykują. Małżon jak mantrę powtarza "Misiek oddychaj", a ja się słucham. Za chwilę znów totalna cisza, błoga cisza. Na chwilę i tym razem słyszę: "Pani Magdo. halo, Pani Magdo". Drugi raz stracona przytomność. Widzę coraz większe oczy mojego męża. I przychodzi lekarz i drugi lekarz. No oglądają mnie, oglądają wydruk z KTG. Nic nie mówią. Jeden z lekarzy próbuje rozładować sytuację i włącza piosenkę: " Stan pogody" Anny Jurksztowicz, oraz dodaje: "ta piosenka opisuje najlepiej Pani poród". Ja mam inne zdanie, ale z braku sił już nie komentuje. Przychodzi nowa zmiana położna jedna wychodzi druga przychodzi. Patrzy na mnie i zaczyna się wydzierać na lekarzy czy nie widzą jak ja wyglądam. Mojemu K. już zaczyna drżeć policzek co oznacza, że jest bardzo ale to bardzo wkurzony. Nagle przychodzi lekarz i daje mi do podpisania zgodę na znieczulenie zewnątrz-oponowe. Tłumaczy, że muszę je przyjąć żeby odpocząć. Bo nie dam rady bez. Eureka!!!! myślę. Jest godzina 19.00 niedziela. położna ściąga anestezjologa z imprezy. Bo ten z pierwszej zmiany już poszedł a nie było nikogo planowanego na drugą. Pani miała mieć dyżur. No dobra przyjechała z grila ( skąd to wiem? otóż opowiadała co tam dobrego jadła). Wyprosili Małżonka i mówi, do mnie, że mam powiedzieć kiedy nie będę miała skurczu. A położna mówi: "nie nie ona ma skurcze co chwile wkuwaj się." No to poszło nieprzyjemne wkłucie w kręgosłup, przyklejone te okropne wielkie plastry na moich plecach cewnik na ramieniu, wpuszcza...a tu co niespodzianka. Znieczulenie nie idzie... Tadam... pogrzebała w tych plecach tą igłą i próbuje, znów nie idzie. No to bajka myślę sobie. Mówi musimy się wkłuć jeszcze raz... Pomyślałam: a róbta co chceta. :P:P Dobra tym razem udało się znieczulenie poszło. A ja udałam się na dwu godzinną drzemkę. W między czasie mój Małżon powiedział IM, że On idzie do bankomatu po pieniądze a ja mam mieć cc, lecz usłyszał, że "teraz to ona da radę". Po obudzeniu się kolejne kroplówki, przebity pęcherz płodowy i oczyszczanie organizmu z tego znieczulenia. W miedzy czasie rozwarcie zrobiło się na 8 :). I już teraz to już będzie z górki tego jestem pewna-pomyślałam. O 21 poszłam na sale już porodową, gdzie stał ten kosmiczny fotel. Moja pierwsza myśl: "jak ja się tam z gracją na niego wdrapę" :P:P Ostanie bóle, kucanie, KTG, i udało się.. o 22.45 urodził się nas Synuś. :) Okazało się, że Stachu miał rączkę na twarzy, co utrudniło Mu przejście przez ten ciasny tunel. Moją macicę nazwano: nadreaktywną. Mąż dzielnie wziął Synka na kangurowanie, a ja usłyszałam: " w innym szpitalu już by Ci zrobili cesarkę, ale nam się nie chciało" a następnie:" dostałaś tyle znieczuleń, jak nikt inny". Myślę sobie, cóż za łaskawość przy 26 godzinnym porodzie. Pominę już opowieść co się działo dalej. Ale na sam koniec w dniu wyjścia ze szpitala, po obchodzie na korytarzu położone z pielęgniarkami obgadywały mnie dlaczego ja tak kiepsko chodzę, po czym jedna do drugiej mówi:" To był bardzo ciężki poród, mogło się źle to skończyć. Dziecko byśmy uratowali, ale ją nie". 
Słysząc więc zdanie: NIE TY PIERWSZA I NIE OSTATNIA pytam się każdej osoby, która je wypowiedziała czy by się ze mną zamieniła??  Ja mojemu największemu wrogowi (chociaż takich nie mam) nie życzyłabym takiego porodu. Współczuję wszystkim mamom, które miały jeszcze gorzej. 

Całuję Was :*
PM


Popularne posty