Zakochaj się w sobie...

Witajcie kochani,

Tytuł dzisiejszego posta brzmi dość egoistycznie, natomiast wcale tak nie będzie. Czy wiecie, że kiedy człowiek akceptuje siebie, to otoczenie też akceptuje tego człowieka? Jeśli chcesz znaleźć prawdziwą miłość pokochaj siebie a wtedy inni Ciebie pokochają. Skąd u mnie ten pomysł na post? Odpowiedź jest prosta, zauważyłam duże zmiany w swoim życiu, od momentu kiedy skutecznie zaczęłam akceptować to jaka jestem. Matka natura obdarza nas różnymi atrybutami, a rodzice genami i różnymi cechami. Nie wszystko da się w 100% zaakceptować ja to wiem i Ty to wiesz, że wcale nie jest tak łatwo kochać siebie w całości.
Ale zacznijmy od początku, przytoczę troszkę prywaty... Otóż jako gimnazjalistka chodziłam do szkoły w średnio modnych ciuchach, urodą też nie powalałam każdego chłopaka w szkole. Moje koleżanki wyglądały zawsze lepiej. Troszkę nad tym ubolewałam, ale rodzice nauczyli mnie szanować wszystko co mam. Każdą rzecz jaką dostawałam, np. rower, discman, mp 3, musiałam na nią zasłużyć, np. dobrymi wynikami w szkole. I ja miałam motywację do tego aby się uczyć, :P (nie to, że mi się nie chciało). W gimnazjum też zaczął mi rosnąć biust, który w trzeciej klasie okazał się być za duży;p w tym momencie stwierdzam, że chciałabym mieć taki :P i brzuszek też mi zaczął rosnąć. A wiecie dlaczego? dlatego, że każdego dnia miałam mnóstwo słodyczy w buzi ponieważ uważałam, że to jedyne wyjście z sytuacji jakie może być aby zalać moje smutki. Pewnie gdybym piła już alkohol to bym zalewała smutki wódką;p Ale nie piłam i Wam też drodzy gimnazjaliści tego nie polecam. Poszłam do liceum, zupełnie inne towarzystwo, zupełnie inny świat, tam już nie zwracałam uwagi na to jak wyglądam lub jak się czuję. Ponieważ było dla mnie normalne, że i tak nikomu się nie spodobam i nie będę królową LO :) i, że wszyscy będą mnie kochać. W liceum za moich czasów było chyba inaczej niż teraz. Było lepiej. Lubiliśmy ze sobą spędzać czas, lubiliśmy chodzić na 18stki i lubiliśmy się dobrze bawić. I nie ważne czy masz 180 cm i wymiary 90/60/90 czy masz 160 cm i lekką nadwagę. Na studiach było totalne odrodzenie, tam już nikt nie patrzył na pieniądze w portfelu i lubił siebie za to jakim się jest. I tak naprawdę co ma się do powiedzenia w życiu, a nie czy mam torebkę z Michaela Korsa czy też nie. Jeździłyśmy wszystkie do outletów i ubierałyśmy się w ciuchy właśnie kupione w tzw. hurcie. Podsumowując za szczeniaka wypłakałam się w poduszkę wiele razy, dostawałam kopa od "życia"  nie raz, ale co to były za problemy porównując je do tych z którymi borykam się w dorosłym życiu?  I właśnie przez to pieprzone gimnazjum miałam duży problem z akceptacją samej siebie. Jak oglądam zdjęcia z tamtego czasu czasami się nie dziwie dlaczego;p Myślałam, że zawsze już taka będę, ryczałam, że moje koleżanki tak nie wyglądają i dlaczego to właśnie mnie spotkało. Długo utrzymywało się we mnie to przekonanie, że jednak nie jestem idealną kandydatką dla nikogo na dziewczynę, czy też przyjaciółkę, koleżankę. Myślałam, że zostanę starą panną i będę siedzieć z gromadą czarnych kotów w swoim śmierdzącym kuwetami i perfumami "Byś Może Paris", z odciskami na łokciach przez wieczne wystawanie w oknie. Zostałam lekko podbudowana kiedy jeden z moich kolegów napisał mi, że jest we mnie zakochany od 1 gimnazjum (łzy same cisną się do powiek), następnie kolejna wiadomość, i tak kilka. Rzeczywiście dało mi to kopa, ale i tak każdy komplement w moją stronę kończył się podziękowaniem z grzeczności i odrzuceniem go w kąt, bo i tak nie wierzyłam w to, że rzeczywiście mam śliczne te zielone oczy. Bycie w związkach nie dało mi satysfakcji ze swojego ciała:) Uważałam, że każdemu z moich chłopaków coś się rzuciło na oczy, i powinni udać się do dobrego specjalisty i dobrać sobie odpowiednie okulary. I nastał czas... ponad 5 lat temu, z jednej strony ciężki, a z drugiej okazał się być jednym z najwspanialszych czasów w moim życiu. Otóż, nie koniecznie chciałabym pisać cóż takiego strasznego się wydarzyło w moim życiu, ale musicie mi zaufać było nieciekawie. Utwierdziłam się w przekonaniu, że rzeczywiście nie należę do osób, które mogą być po prostu szczęśliwe, bo ani urody, ani osobowości, która mogłaby zamieszać w głowie innym. Nastąpił czas buntu, chciałam być tzw. singlem z wyboru, rozkochiwać i rzucać mężczyzn, ale ale nawet wtedy nie miałam w sobie tyle siły, że rzeczywiście mogę to robić. I odpuściłam. Lecz własnie też 5 lat temu poznałam K :), który mnie pokochał taką z wielkimi kompleksami,  z opuchniętymi powiekami, wciąż 160 cm i lekka nadwaga :). Każdego roku byłam bardziej świadoma tego co się dzieje, ze mną z moim charakterem i z moim wyglądem. Przez to, że jednak życie dawało kopniaki jeden za drugim, wyostrzył mi się język i przestałam być cichą Madzią, która nie powie nic tylko grzecznie przytaknie, teraz też płaczę w poduszkę, teraz też nie jestem akceptowana przez wszystkich znajomych, ale nie przejmuję się tym, ponieważ może to nie ja powinnam się zmienić, ja przeszłam wystarczającą metamorfozę psychiczno- fizyczną.  Codziennie rano uśmiecham się, jestem w barze uśmiecham się do Nieznajomych ludzi, i wiecie co? Oni odwzajemniają ten uśmiech, Najpierw patrzą na mnie jak na kosmitkę, ale i tak się uśmiechają. Idąc chodnikiem widzę psa na smyczy wyrywającego się, również się uśmiecham, pani w kolejce do mnie zagada odpowiadam i rozmawiam. Nie wyglądam jak sex bomba, mam wałeczki na brzuszku i cellulit na nogach,i zmarszczki na czole, lecz myślicie, że nie mam co robić tylko o tym myśleć? Jeśli tak, to jesteście w błędzie. Mam naprawdę tyle na głowie, że problemy związane z moim wyglądem zeszły na drugi plan, co dało efekt, że zaczęłam siebie akceptować, bo już nie ubolewam, nad każdą skazą na swoim ciele. Jeśli kiedyś czytaliście mój post o motywacji, kazałam tam iść do lusterka i się uśmiechać do siebie, to teraz wciąż to podtrzymuję. Tak uśmiech jest lekarstwem na wszystko, na zły dzień, na smutek, na złość, obroni nas przed toną popcornu i lodów czekoladowych podczas samotnych nocy z komediami romantycznymi. Jestem wdzięczna za to, że mogę zdobywać świat, że mam bliskie mi osoby, które mi podają rękę, pchają do działania bądź po prostu dotrzymują mi kroku. Nie zawalam nocy dlatego, żeby ryczeć jak syrena strażacka w poduszkę. 
Pamiętajcie ideałów nie ma, ale jednak jesteście!! 
Jak przeczytacie to zdanie kilka razy zrozumiecie jego sens. Wierzę, że każdy z nas zacznie się akceptować w mniejszym lub większym stopniu, lecz panaceum na wszystko jest uśmiech :) Kochajcie siebie, a świat Was pokocha! 

Musicie mi zaufać :)

Natomiast, dla tych, którzy jednak czysta filozoficzna gadka nie przemawia będę miała dla Was niespodziankę. Ale to w innym poście. 

Pozdrawiam i ściskam M :*


Popularne posty